Strona głównaO mnieMoja historiaForumKontakt
Ogólne pojęcie straty
Czy czas leczy rany
Rola żałoby
Etapy żaloby
Co się dzieje z emocjami po stracie
Jak pomóc osobie osieroconej?
Lista życzeń osieroconcych rodziców
Przydatne linki
Wywiad w Radio Hobby 7.02.2010

Wizyty dzisiaj:13
Wizyty ogólnie:178235
Moja historia

28.02.2007 jak zwykle obudził mnie budzik i zaczęłam zbierać się do pracy. W tle grało radio. Lubiłam swoją pracę, więc wszystkie te czynności poranne wykonywałam z radością. Kiedy kończyłam śniadanie, usłyszałam w radiu informacje, iż w moim mieście, na moim osiedlu zdarzył się wypadek. Zignorowałam te wiadomości wierząc, że to może dotyczyć każdego, ale nie mnie. Następnie robiąc make-up w łazience podano kolejne wiadomości, w których podano trochę więcej szczegółów na temat tego wypadku. Tym razem bardziej zaniepokojona zaczęłam wydzwaniać do Rodziny; do Mamy, Siostrzyczki, Ojca. Nikt nie odbierał. Mamie wysłałam sms-a, że bardzo ją proszę o kontakt, ponieważ w radio były wiadomości na temat pewnej tragedii, które mnie zaniepokoiły. Sms-a wysłałam również do swojego ówczesnego partnera S. napomykając o wiadomościach, ale jednocześnie dodając, że pewnie robię z igły widły.

Jadąc do pracy trzymałam telefon w pogotowiu na wypadek, gdyby ktoś z Rodziny zadzwonił. Moje myśli kotłowały się niczym grochówka w wojskowym kotle. Jednak mimo wszystko, nie dopuszczałam do siebie myśli, że ten wypadek dotyczy właśnie mojej Rodziny. Kiedy powoli dochodziłam do pracy, zadzwonił mój luby mówiąc, że te wszystkie informacje dotyczą mojej Rodziny, bo tym razem w wiadomościach podali wiek osób, które zginęły tragicznie i są one zgodne z wiekiem moich bliskich. Zaczęłam krzyczeć do słuchawki, mówiąc, żeby nie mówił mi takich rzeczy, bo ja jeszcze nic nie wiem i że muszę to sprawdzić na policji. Do pracy weszłam już ze łzami w oczach. Poprosiłam koleżanki z pracy, by zadzwoniły do mojego miasta na policje i sprawdziły dane (ja już w tym momencie nie byłam w stanie trzymać emocji na wodzy). Dane się potwierdziły. To byłam MOJA Rodzina. W tym momencie świat zawalił się w jednej sekundzie. Oto właśnie straciłam 5 najukochańszych ludzi; trójkę Rodzeństwa i Rodziców. To nie możliwe! Weszłam na Internet … a tam już były wzmianki o tej tragedii. Ludzie wypowiadali na forach swoje zdanie na temat wydarzenia (często jakże bolesne). W pracy ludzie wyglądali na sparaliżowanych, a Szefowie kazali mi jechać do domu. Mój S. już był pod pracą i czekał na mnie. Już wiedzieliśmy, że musimy pojechać do mojego Rodzinnego miasta, bo tam czekało na mnie mnóstwo spraw do załatwienia. Całą drogę łzy leciały mi ciurkiem. Wciąż wydawało mi się to wszystko takie odrealnione… jak w złym śnie.

Media szalały…radio, telewizja, prasa korzystały z sytuacji i przekształcały informacje tak, jak im się żywnie podobało, byle się dobrze sprzedawało. Starałam się nie słuchać radia, nie oglądać TV, ani nie czytać gazet. Ale czasem ludzie donosili mi, o czym media nadawały. Boże, jak to bolało! To wszystko wyglądało na jakąś niezłą farsę. Np. ktoś podłożył mi pod nos pismo Fakt, gdzie na pierwszej stronie widniało zdjęcie mojej siostry (nie wiem skąd je mieli) i zdjęcie jakiegoś obcego faceta, które podpisane było, że to mój ojciec. Miałam poczucie, że media zrobiły sobie cyrk z mej tragedii. Na własnej skórze doświadczyłam, jak media potrafią być okrutne, jak kłamią i oszukują (np. jedną z informacji było na mój temat było, że mieszkam w innym mieście ze swoim mężem. Pierwszy raz dowiedziałam się, że jestem zamężna!). Media to nie tylko hieny żerujące na cudzej krzywdzie … to coś znacznie gorszego. Wyobraźcie sobie, że jeden z dziennikarzy podszywał się pod policję, że on musi natychmiast się ze mną spotkać (godzina późna wieczorem) by dać mi wsparcie. Od słowa do słowa wydało się, że nie ma pojęcia, że z policją to ja mam stały kontakt i ktokolwiek z policji nie dzwonił, to wiedział o telefonach innych pracowników z tej instytucji. Tak, tak… smutne, do czego potrafią posunąć się dziennikarze, ale prawdziwe.

Będąc już na miejscu, byłam pod stałą opieką Przyjaciół i mojego S. Czułam się jak za szybą, jak automat, który ma do wykonania jakieś zadania. Miałam poczucie jakby wyrwali mi serce. Formalności załatwiałam z pomocą mojego przyjaciela Tadeusza, który tak naprawdę prowadził wszelkie rozmowy w różnych instytucjach a ja tylko grzecznie składałam podpisy. Nie bardzo docierało do mnie, co się wokół działo. Wszelkie załatwianie formalności zajęło nam tydzień. Codziennie musieliśmy jeździć po różnych instytucjach i „załatwiać” sprawy niecierpiące zwłoki. To była dla mnie kolejna lekcja, czym jest biurokracja i jak potrafi do człowieka podchodzić w takich sytuacjach. Nie było tu miejsca na empatię, współczucie. Choć nie powiem, zdarzali się ludzie, którzy np. jak kamieniarz opuścił mi z ceny za zrobienie tablicy nagrobkowej, no, bo to przecież całe miasto od tego huczy. Ale ogólnie tu trzeba było „załatwiać”! Wiem jedno, gdyby nie Tadeusz, który wiedział, co robić po kolei, który prowadził mnie prawie, że za rękę, ja sama nie dałabym rady. To była dla mnie czarna magia, nie wiedziałam, co, z czym się je. Dzięki wsparciu mojego S., Toniego, u którego na ten czas się ulokowaliśmy i wielu innym ludziom (często obcym), którzy dzwonili, pisali, wspierali….. mogłam ten okropny czas przejść, choć nie było łatwo. Przez większość tego czasu czułam się jak w innym wymiarze, nie rozumiejąc, co się wokół dzieje. Były jednak momenty, które jakby za poruszeniem czarodziejskiej różdżki zwalały mnie z nóg, gdzie ból tęsknoty rozrywał mi serce na strzępy, kiedy myślałam, że jestem za „mała” by ten jakże ogromny krzyż udźwignąć na swych wątłych barkach. Ryczałam, wyłam, krzyczałam, „dlaczego?”. Pierwszego wieczoru (w dzień tragedii), kiedy po raz pierwszy świadomość na chwilę dopuściła informację, co się stało …. chciałam odebrać sobie życie. Nie widziałam już sensu dalszego istnienia, już nie chciałam żyć bez Nich, bo czułam, że nie mam dla kogo ani po co. I kiedy tak to życie zaczęło w pewnym momencie ze mnie uchodzić…. nagle uderzyła mnie myśl: ” Co Ty robisz? Tyle ludzi Cię wspiera, chce być blisko, a Ty zachowujesz się jak piep…. egoistka”. W tym momencie pamięć o tych wszystkich telefonach, smsach od osób mi znanych, mniej znanych i zupełnie obcych, którzy tak naprawdę nie wiedzieli co mówić, jak się zachować…. uratowała mi życie. Kochani … dziękuję Wam za to.

Nie jestem w stanie opisać tutaj wszystkiego, ale chciałam nadmienić o jeszcze jednej przykrej rzeczy, która głęboko zapadła mi w pamięć. Otóż pragnęłam, aby pogrzeb odprawił któryś z księży, który uczył w szkole moją Siostrę czy Brata. Jednak „szanowny” p. Proboszcz (którego nigdy nie darzyłam sympatią z różnych względów), wiedząc jak ta sprawa była mocno medialna, sam postanowił ten pogrzeb poprowadzić, mimo, iż bardzo zależało mi by to był ktoś, kto znał moje rodzeństwo. Do tego usłyszałam, że decydując się na kremację ciał zachowuję się w sposób typowo pogański. Jednak najsmutniejsze w tym wszystkim było to, że na pogrzebie, w swojej mowie kościelnej powiedział: „jakie życie, taka śmierć”. Tych słów nigdy nie zapomnę.

Zaraz po formalnościach pogrzebowych wróciłam do pracy. Wręcz przez długi czas zachowywałam się jakby nigdy nic. Czułam, że koledzy i koleżanki z pracy czują się w mojej obecności pogubieni. Spodziewali się po mnie zupełnie czego innego; smutku, rozpaczy, przygnębienia i tym podobnych uczuć. A tu wróciła dawna Dorota: żartująca, rozgadana … jakby nigdy nic. Mój mechanizm obronny tzw. „zaprzeczenia” był bardzo silny. Starał się nie dopuszczać do mnie tego, co się stało. Czasem tylko dawkował mi ostry ból, który przychodził falami i rozrywał mnie od środka, zabierał wszelką witalność, odbierał chęć życia, pozbawiał sił w nogach. To były chwile, kiedy zanosiłam się płaczem, który często się kończył hiperwentylacją. Miałam wtedy poczucie, że jeszcze chwila i serce mi pęknie, że już dłużej nie wytrzymam. Nienawidziłam tych chwil, tego bólu. Bałam się go jak ognia. Starałam się nie czuć i nie myśleć o tragedii, o tym, że Ich już nie ma, i co gorsza – już nigdy nie będzie. Ta faza zaprzeczenia trwała u mnie ok. 3 miesiące. Potem nastąpił wielki kryzys, który powstał dzięki „pomocy” terapeuty, który zamiast mi pomóc, doprowadził mnie na „skraj przepaści”. Jego nazwisko i renoma nie pozwoliły mu się przyznać przede mną, że niestety, ale nie zna się na temacie żałoby. Zapłaciłam ogromną cenę za jego brak profesjonalizmu. Wierzę, że jest dobry w innych tematach i że potrafi pomagać ludziom, ale tutaj…..”dał ciała” na całej linii.

Czułam się fatalnie, nie miałam na nic sił. W pracy przestałam przejawiać jakąkolwiek inicjatywę, wstawanie i chodzenie do niej sprawiało mi swoisty ból. Nie chciałam żyć, nie chciałam nic. Nie rozumiałam, dlaczego świat kręci się dalej, dlaczego tramwaje jeżdżą, czemu ludzie na ulicy się uśmiechają. Nie rozumiałam, dlaczego to wszystko dzieje się, kiedy ja tak strasznie cierpię, kiedy ICH już NIE MA. Zaczęłam odsuwać się od ludzi. Przestałam odbierać telefony, odpisywać na smsy. Zerwałam z S. Czułam się nierozumiana i nieakceptowana ze swoim bólem. Po raz pierwszy w życiu zaczęłam się czuć jak trędowata. Ludzie mnie unikali, bo nie wiedzieli jak się zachować w mojej obecności, co mówić, czego nie mówić. Kiedy wchodziłam do jakiegoś pomieszczenia pełnego ludzi, którzy znali moją historię, często następowała tępa cisza. Ludzie czasem mówili mi, że mnie rozumieją, że wyobrażają sobie jak mogę się czuć, udzielali mi „złotych” rad mówiąc: „weź się w garść”, „życie biegnie dalej”, ‘weź byka za rogi”, „oni tu są i czuwają nad Tobą”. Przez jakiś czas znosiłam to wszystko, starałam się przypasować do ich oczekiwań. Ale przyszedł dzień, kiedy czara się przelała. Zaczęłam reagować złością i agresją na tego typu sugestie. Nie chciałam już słuchać żadnych rad: co powinnam, czego nie powinnam. Chciałam, żeby mi wszyscy dali święty spokój. Czułam się odrzucona i sama odrzucałam. Jedno jednak jest pewne: nikt nie jest w stanie zrozumieć mego bólu, kto sam tego nie przeżył.

Coraz bardziej zamykałam się w swoim świecie, świecie bólu, pustki i rozpaczy. Coraz częściej myślałam o śmierci. Wydawało mi się, że wraz z Rodziną straciłam marzenia, plany i sens życia. Wszystko przestało mieć dla mnie znaczenie. Nie interesowało mnie nic i nikt. Coraz bardziej pragnęłam umrzeć.

Tak bardzo pragnęłam wziąć swoje Rodzeństwo na kolana, przytulić, pogłaskać, powiedzieć, że kocham i usłyszeć znów od nich, że jestem najlepszą siostrą na świecie. Tak bardzo chciałam poskarżyć się Mamie, jak mi źle, że czuję się taka samotna i opuszczona, że nikt nie rozumie mnie tak dobrze jak ona. Chciałam ich widzieć, dotknąć, słyszeć. Chciałam czuć ich namacalnie. Gdzieś miałam czyjeś sugestie, że Oni są ze mną duchem. Tak bardzo mi ich brakowało!!!!!

Na szczęście na mojej drodze pojawił się pewien terapeuta Jurek B., który choć nie miał specjalnego doświadczenia w żałobie, to zachowywał się tak, jakby robił to od lat (sporo książek przeczytałam na temat terapii w żałobie, stąd taka moja ocena). Myślę, że to między innymi dzięki niemu, wciąż stąpam po tej ziemi. To on uczył dawać mi sobie prawo do różnych uczuć (co inni starali się stępić a ja wraz z nimi), zachowań. Czułam się przez niego rozumiana, akceptowana, czułam, że ten człowiek naprawdę chce mi pomóc. Czekałam na każdą z wizyt, choć czasem, mimo tego całego oczekiwania potrafiłam się później na wizycie nie odezwać ani słowem. Ale to właśnie on dawał mi w dziwny sposób siłę by trwać …. trwać mimo wszystko. Tylko w jego towarzystwie czułam się bezpiecznie, a przede wszystkim czułam się chciana i akceptowana z tym wszystkim, jaka się stałam po tragedii. Jego osoba dawała mi nadzieję. Nienawidziłam siebie, za to, kim się stałam i jak się czułam. Przepełniały mnie takie uczucia jak: zazdrość, zawiść, obojętność na cudzą krzywdę, ogromne poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Nie umiałam już się cieszyć, nie czułam w sobie żadnych pozytywnych uczuć. Zgubiłam gdzieś tą wrażliwą Dorotkę, która była przepełniona miłością, empatią itp. emocjami. Miałam wrażenie, jakby ktoś wyrwał mi serce, jakby tam pozostała tylko wyrwa, wielkie NIC. Jurek B. był jedyną osobą na wtedy, która mnie nie oceniała, nie krytykowała i nie mówiła mi, co mam czuć i jak mam żyć. To dla tego tak bardzo łaknęłam kolejnych spotkań z nim (Dziękuję Ci Jurku B., za to, że stanąłeś na mojej drodze).

Jednak przyszedł i okres totalnej depresji. Myślę, że to była cena, którą musiałam ponieść za to, że tak długo chciałam sprostać oczekiwaniom innych i być silną. Moje myśli przepełniały tylko i wyłącznie scenariusze o samobójstwie. Rozpatrywałam różne możliwości, zastanawiałam się jak to zrobić, by było najmniej boleśnie i skutecznie. Każdy wolny czas przesypiałam. Zaniedbałam wszystko i wszystkich. Po raz pierwszy w życiu straciłam nadzieję, a to tak, jakby już nie żyć. Istne piekło na ziemi. W końcu, dzięki pomocy mojego terapeuty wylądowałam w szpitalu dla ludzi z depresją. W sumie w szpitalu spędziłam pół roku. Ten czas i ludzi, których tam spotkałam wspominam z dużym sentymentem. To był dobry czas. To dzięki pobytowi w szpitalu powoli uczyłam się na nowo przebywać wśród ludzi. Choć początki - przyznaję, były ciężkie. To tak, jakby ktoś rzucił mnie na „głęboką wodę”, bo przecież wcześniej do tego stopnia się wyizolowałam, że jakakolwiek obca osoba w pobliżu potrafiła mnie tak sparaliżować, że czułam w środku panikę i chciałam uciekać, jakbym się bała, że ta osoba chce zrobić mi krzywdę. Często czułam się jak malutkie dziecko, które dopiero, co przyszło na świat i nie wiedziało jak się zachować i nie rozumiało, co się wokół dzieje. W szpitalu, dzięki tabletkom na depresje, terapii i ludziom powoli zaczęłam odnajdywać siebie.

Pod koniec roku 2008 trafiłam na forum, gdzie ludzie przeżywający stratę dzielili się ze sobą swoim doświadczeniem, dawali wsparcie. Cieszyłam się, że znalazłam miejsce, gdzie mogłam dzielić się swoimi przeżyciami, odczuciami, gdzie otrzymywałam pomocną dłoń od ludzi, którzy przeżywali to samo co ja i którzy rozumieli mnie praktycznie bez słów. To forum, Ci ludzie zainspirowali mnie do założenia tej strony i do narodzenia myśli o założeniu grupy Wsparcie Po Stracie.

Rok 2009, był rokiem, kiedy po raz pierwszy od czasu tragedii powoli zaczęłam stawać na nogi, gdzie na nowo, powoli, krok po kroku zaczęłam wracać do pewnych ról społecznych, obowiązków itd. Powoli zaczęłam znajdować w sobie siłę, wiarę i nadzieję w lepsze jutro, co jeszcze 1,5 roku wcześniej było nie do pomyślenia.

Rok po tragedii byłam przekonana, że już nigdy się nie uśmiechnę, że już nic mnie nie ucieszy. Myślałam, że moje życie będzie już zawsze wielkim cierpieniem, smutkiem, tęsknotą, rozpaczą. Nie widziałam sensu, celu ani motywacji do życia. Nie myślałam też, że kiedykolwiek jeszcze odnajdę nadzieję. Moje życie miało być już do końca piekłem.

Jednak dziś patrzę na to wszystko z innej perspektywy. Dziś mam nadzieję, wiarę, cele życiowe. Kocham i jestem kochana. Dziś chciałabym móc dzielić się swoim doświadczeniem z innymi, którzy również przeżywają stratę i nie widzą przysłowiowego „światełka w tunelu”. Pragnę nieść innym nadzieję, że po czasie ogromnego bólu, jest szansa, by znów się podnieść, by zacząć się uśmiechać, by znów zechcieć ŻYĆ. Nie ma drogi na skróty, nie można przeskoczyć bólu. Trzeba to po prostu przeżyć. Ale wierzcie mi, MOŻNA.

Oczywiście, że ból i tęsknota czasem wracają (myślę, że w jakiś sposób już zawsze towarzyszyć nam będą), ale już nie są tak bardzo intensywne i tak częste. Wszelkie święta, uroczystości mocno konfrontują mnie ze stratą. Ale uczę godzić się z tym, bo wiem, że taka jest kolej rzeczy. Dzisiaj wiem, że mogę żyć – mimo wszystko, że mogę się cieszyć, szukać radości dnia codziennego.

Wierzę, że Oni są tam już szczęśliwi, i że kiedyś znów się spotkamy. Taka świadomość daje mi również pewnego kopa do życia. Chcę wierzyć, że to wszystko, co się stało było po coś. Odpowiedzi staram się szukać między innymi w wierze. Może za życia jej nigdy nie znajdę, ale szukam… i różne pomysły przychodzą mi do głowy. To pomaga mi trwać.

Wiele rzeczy w mej historii pominęłam, bo nie sposób wszystkiego opisać. Musiałaby powstać książka;-) Ale mam nadzieję, że udało się Wam coś znaleźć w niej dla siebie.

Dopisek z 25.02.2013

Powoli zbliża się 6 rocznica śmierci moich Najbliższych.

Od czasu tragedii życie moje bardzo się zmieniło. Nabrało barw i kolorów. Niemożliwe stało się możliwym. Założyłam rodzinę, mam kochanego męża i cudownego synka. Żyję swoim życiem, planami, marzeniami. Myśl o tragedii już nie boli, nie obezwładnia.

Ze Świąt cieszę się jak nigdy. Od 2 lat za każdym razem je mocno wyczekuję :) Bo ze mną są bliscy, moja nowa Rodzina i Przyjaciele. A myślałam, że Święta już na zawsze będą trudnym i smutnym dla mnie okresem.

Rocznica wzbudza we mnie refleksje, ale już nie jest czasem, którego się boję. Tego dnia zapalam świeczkę w ich intencji i razem z mężem modlę się szczególnie za nich.

Czy tęsknię? Oczywiście, że raz na jakiś czas zatęsknię. Może się zdarzyć, że i łza się w oku zakręci parę razy do roku. Tyle że to normalne, takie ludzkie i kochane. Bo przecież byli częścią mego życia przez wiele lat, bo przecież ich kochałam/kocham. Tego nie da się zapomnieć. Ale to wszystko jest takie spokojne, bez dramatu, bez rozrywania wnętrza na kawałki.

Każdemu, kto musiał zmierzyć się z bólem Straty, życzę, aby czas jak i praca nad żałobą przyniosły spokój ducha a także przywróciły uśmiech na twarzy.

 
Kalendarium
Dni skupienia
Wsparcie Po Stracie
Wspólny kącik
Szkolenia
© 2017