Strona głównaO mnieMoja historiaForumKontakt
Ogólne pojęcie straty
Czy czas leczy rany
Rola żałoby
Etapy żaloby
Co się dzieje z emocjami po stracie
Jak pomóc osobie osieroconej?
Lista życzeń osieroconcych rodziców
Przydatne linki
Wywiad w Radio Hobby 7.02.2010

Wizyty dzisiaj:13
Wizyty ogólnie:178235
Z pamiętnika Joli (wybrane fragmenty)

Ostatnia rozmowa – przez GG:

Ja (10-08-2007 14:39) cześć synek, wszystko spakowane?

Krzysiu (10-08-2007 14:39) cześć, nie, dziś po powrocie się spakuję

Ja (10-08-2007 14:41) będę czekać ze śniadankiem, strasznie się cieszę że przyjeżdżasz, stęskniłam się za dużym synkiem

Krzysiu (10-08-2007 14:42) :)

Krzysiu (10-08-2007 14:42) postaram się około 10 być w domu, więc nie wiem czy tak ze śniadaniem się uda

Ja (10-08-2007 15:01) uda się uda, wcześniej nie jemy

Ja (10-08-2007 15:02) Będzie czekała kawusia i coś dobrego

Krzysiu (10-08-2007 15:03) :)

11.08.2007 r.

Nie, nie, nie , nie , to nie dzieje się naprawdę….

Wpis na stronie Makrografia: 13.08.2007.

Z przykrością informuję, że w wypadku samochodowym zginął nasz kolega, jeden z lepszych polskich terrarystów - Werni (Krzysiek). Wielu z nas poznało go osobiście podczas spotkań na giełdach lub w jeszcze innej formie. Ja pamiętam go jako człowieka zawsze uśmiechniętego i skłonnego do pomocy. To dla nas wszystkich wielka strata, pamiętajmy o nim w naszych modlitwach.

Z wpisów na stronie „Dlaczego”

12.10. 2007

11 sierpnia zginął mój ukochany syn Krzysiu. Jechał do domu na swój pierwszy dłuższy urlop. Mieliśmy spędzić razem cały tydzień. Tak bardzo się cieszyłam. Odkąd pracował w Warszawie rzadko się widywaliśmy. Zamiast synka na którego czekałam ze śniadaniem do drzwi zadzwoniła policja. Zginął w zderzeniu czołowym z Tirem. Wczoraj minęły dwa miesiące. Jest mi tak ciężko na duszy, coraz bardziej tęsknię... Miał 27 lat, skończył studia, znalazł dobrą pracę w Warszawie, ładne mieszkanie udało się wynająć, wziął sobie kotkę ze schroniska , żeby ktoś na niego w tym mieszkaniu czekał. Był dobrym, miłym, spokojnym człowiekiem... 

15-10-2007 09:15
Muszę się z Wami podzielić tym co się wydarzyło w ostatnich dniach.

Krzysiu zawsze kochał zwierzęta. Jak tylko znalazł w Warszawie mieszkanie ( malutką kawalerkę ) wziął ze schroniska dla zwierząt kotkę. To była jego pupilka i pieszczoszka, ktoś kto czekał na niego w pustym mieszkaniu.
Do domu jechał oczywiście ze swoją Komą.

Po wypadku, ktoś tam na miejscu powiedział mężowi że widział kota uciekającego do lasu.
Zostawił więc w okolicy swój numer telefonu, gdyby ktoś zauważył gdzieś wałęsającego się kota. Ale mijały tygodnie i byliśmy pewni że Koma jest jednak z Krzysiem w niebie. W czwartek minęły dwa miesiące od wypadku. - tragiczny, przepłakany dzień. Na piątek mieliśmy wezwanie do sądu - trzeba przeprowadzić sprawę spadkową, chociażby po to by dokończyć wszelkie formalności. I właśnie w piątek ,kiedy mamy "dzielić spadek" po synku, telefon. Koma się znalazła! Miała złamaną łapkę, przybłąkała się gdzieś do letniego domku i spędziła tam dwa miesiące. Teraz ci dobrzy ludzie mieli wracać do siebie i szukali kogoś kto chciałby wziąć kota... Co wy na to? Czy to nie znak od synka ?
Mąż bez namysłu wsiadł w samochód, zrobił 300 km w jedną stronę i od soboty Koma jest w domu. 

26-11-2007 12:53
Tak strasznie boję się tych nadchodzących Świąt. W dodatku nie mogę uciec, czy udawać że ich nie ma. Młodszy syn oczekuje choinki i prezentów jak zawsze. Przecież nie mogę mu tego zrobić , nie może myśleć że bez Krzysia już nic się nie liczy. On liczy się zawsze. Tylko jego obecność zmusza nas do jakiego takiego normalnie wyglądającego życia. Nie możemy też wyjechać bo są jeszcze nasi rodzice - dziadkowie moich synów. Jak zostawić ich samych w takim dniu? Moi rodzice cierpią podwójnie - stracili najukochańszego wnuka i widzą straszne cierpienie swojej jedynej córki. Naprawdę nie wiem co robić, ale im bliżej grudnia tym straszniejsza ogarnia mnie trwoga. Dosłownie czuję jak mnie dusi... Wiem że nikt nie może mi pomóc, i wiem że to serce znowu nie pęknie, chociaż powinno, i że jednak trzeba będzie to przeżyć. Ale naprawdę bardzo bardzo się boję. 

Dzień za dniem

2.01.2008

Jestem w pracy. Zaczął się nowy Rok - pierwszy rok bez Krzysia.
Przyzwyczajania się że tak już będzie zawsze.
Najgorsze są soboty. Regularnie budzę się przed szóstą , czekam po cichu aż mąż wyjdzie do pracy, a potem zaczynam płakać .Wszystko przeżywam od nowa i co tydzień to bardziej boli. Nie miałam żadnego przeczucia. Nawet nie zadzwoniłam do niego w piątek wieczorem. Tak byłam pewna, że się zobaczymy.

Człowiek to takie zwierzę, które strasznie dużo potrafi znieść. Nie wiem tylko po co nam takie doświadczenia, co jeszcze muszę znieść, co jeszcze mnie czeka, ale przestałam wierzyć ,że coś dobrego. Naprawdę nie chciałam wiele. Spokojnie dopracować do emerytury, potem bawić wnuki. Trochę jeszcze pozwiedzać . Czy to zbyt wiele? Widocznie tak.

4.01.2008

Dzisiaj mam doła. Jakoś nie mam siły pisać. To wszystko takie jakieś beznadziejne. Nic mi się nie chce. Ta niemoc niestety często mnie ogarnia. Praktycznie po powrocie do domu przebieram się w dres, grube wełniane skarpety i najchętniej wcale nie złaziła bym z kanapy. Leżę owinięta kocem i ciągle strasznie mi zimno. Dosłownie czuję w sobie taki lodowaty sopel. A potem się dziwię że tyję. Kompletnie w nic już nie wchodzę. A znajomi ze zdziwieniem stwierdzają że "dobrze wyglądam". Wszyscy się dziwią jak można dobrze wyglądać po tym wszystkim. Powinnam chudnąć, chudnąć aż całkiem zniknę. Powinnam. Ale to wszystko nie tak wygląda jak się ludziom wydaje.

14.01. 2008

No i znowu ciężki weekend za mną. Nie wiem dlaczego tak się dzieje.
Czasami w miarę normalnie funkcjonuję, planuję wyjazdy, odchudzanie itp. a potem nagle wszystko się wali i traci sens. Chodzę z kata w kąt i płaczę. Nie mogę spać, nic nie robię, z zakupów wracam z pustym koszem po bezradnym plątaniu się miedzy półkami…
Właśnie teraz tak miałam. Pewnie nie bez przyczyny była data: w piątek,  11 stycznia mięło 5 miesięcy. Po południu pojechałam na cmentarz. Pozapalałam wszystkie znicze i poryczałam się strasznie. Aż się ludzie oglądali. Wieczorem wzięłam estazolam, bo trzy noce z rzędu prawie nie spałam i byłam wykończona.

24.02.

Urodziny Krzysia….

Patrzę jak rośniesz, doroślejesz… Planuję Twoją przyszłość.
Jesteś taki…na wyciągnięcie ręki.
Nie chwalę Cię, nie pieję pieśni pochwalnych o Tobie
Choć jesteś mądry i piękny.
Bo to takie oczywiste, że JESTEŚ, że BĘDZIESZ!
To przecież pewnik, że Twoje przyszłe życie ma być cudowne!
I nawet nie wiem,
Przez myśl mi nie przemknie,
Przez chwilę,
Przez ułamek sekundy,
Że jutro już Cię nie zobaczę ! ! !

Ten piękny wiersz nie jest mojego autorstwa, ale wyraża dokładnie to co czuję…

29.02

Zajrzałam dzisiaj na stronkę internetową Krzysia i bardzo się wzruszyłam - jakiś kolega zauważył że były jego urodziny i tak ładnie napisał :
"Tak patrzyłem dziś na TCP kto ma urodziny i widzę, że dziś Krzysiek miałby 28 Lat. Cholera dlaczego śmiertka musi przychodzić po młodych ludzi pełnych życia i planów na przyszłość. Pamiętamy Cię i pamiętać będziemy brachu. Patrz tam na nas z góry i czekaj, My też tam kiedyś dotrzemy."
Chwytamy się tych śladów pamięci o naszych dzieciach jak żebrak.

11.03

Dzisiejszy dzień, znowu od rana bardzo ciężki - 11. To już siedem miesięcy. Gdzieś usłyszałam takie zdanie : "Z każdym dniem nie ma cię coraz bardziej".

Jakie to prawdziwe…

Cały dzień nie mogę się pozbierać.

13.03

W ciągu ostatnich trzech dni dostałam trzy listy polecone - do Krzysia. Dwa z firmy w której miał ubezpieczony samochód - najpierw przypomnienie że kończy się okres ubezpieczenia i wyliczenie składki na następny rok, następnego dnia informacja, że człowiek który zabił Krzysia dostał 6 500 zł odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu.

No i jeszcze z firmy Krzysia przyszło rozliczenie do PITa.  Wcześniej jeszcze było pismo
z jednego z funduszy domagające się danych nowego dowodu osobistego Krzysia. I to wszystko firmy z którymi przeszłam całą gehennę spadkową. Tak trudno odnotować sobie to gdzieś? Jak długo jeszcze będą nas dręczyć!
Poryczałam się strasznie i właściwe cały czas chce mi się płakać.

7.04

Szczelnie zajęta każda minuta, to najlepsze lekarstwo. Ja po prostu staram się nie dopuszczać myśli o swoim smutku, żalu tęsknocie, niesprawiedliwości tego co się stało,
o tragicznie krótkim życiu Krzysia. Takie myśli są nie do zniesienia. Staram się żyć tak, jakby Krzysiu był, tylko gdzieś daleko. Załatwiać sprawy, nawet te związane z nim, tak jakbym załatwiała "dla niego". Z uporem, konsekwentnie, najlepiej jak potrafię. Zawsze jego sprawy były dla mnie najważniejsze na świecie. Rzucałam wszystko inne jak był trzeba. To może brzmi głupio, ale nawet sprawę pomnika załatwiam tak, jak wcześniej szukanie mieszkania.

I nie pozwalam sobie na refleksje. Sama zaprojektowałam wszystko, bo żaden gotowy nie był odpowiedni. Będzie dwukolorowy – biało czarny z przewagą białego.

Kamieniarz pokazał mi ten jasny granit, w sobotę przywiózł czarny. Mają zacząć robić to nasze zlecenie. Gdyby pogoda dopisała, to była nadzieja, że zmontują pomnik w tym tygodniu. Ale nie wiem jak będzie bo dzisiaj od rana pada i to mocno. I jest bardzo zimno.
Kupiłam w ogrodniczym taki ładny, metrowy cyprysik i worek dobrej ziemi wymieszanej z nawozem - specjalnie dla iglaków. Przesadziliśmy go do dużej donicy - z tą ziemią. Jak pomnik będzie gotowy to zanim zaczniemy układanie kostki będę chciała go posadzić. Po prawej stronie, tuż za pionową płytą  powinno dobrze wyglądać. Będzie cały rok zielony. Krzysiu tak lubił przyrodę, zieleń. Na grobie nie mogę nic posadzić, bo to taka betonowa studnia, więc tylko tyle mogę jeszcze dla niego zrobić. Mam nadzieję że nie zmarnieje, że będzie rósł pięknie.

12.04.

Od wczoraj cała rodzina we łzach. W czwartek nie dałam rady pojechać do Krzysia, ale wczoraj, po pracy musiałam . W końcu to 11.
A tu - kompletne zaskoczenie! Pomnik stoi. Nie całkiem gotowy, jakieś narzędzia jeszcze leżą, imadła, nie ma wazonu - ale generalnie jest!
To niesamowite uczucie. Jest ładny, taki lekki, delikatny - jak mój synuś był. Przewaga jasnego granitu. W niedzielę poustawiam znicze, zaniosę bratki i prymulki …
Mąż pojechał dzisiaj - zobaczyć i pomierzyć przy okazji teren na ławkę. No i chodzi z kąta w kąt i popłakuje. Uściskał mnie serdecznie i podziękował, że tak ładnie to wszystko wymyśliłam i załatwiłam. Moi rodzice planowali pojechać rano ale lało i był straszny wiatr. Ale koło południa zaczęło się przejaśniać i też nie wytrzymali i pojechali. Mama przed chwilą dzwoniła. Bardzo im się podoba, ale trudno było rozmawiać bo też oboje bardzo płaczą.
Teściowie prosili żeby ich zawieźć jutro.
Jak będzie wazon to zaraz kupię duży bukiet tych drobnych chryzantem bukietowych białych. I nowe ładne duże znicze. Posadzę cyprysika, będzie ławeczka i można będzie całą wiosnę, lato, jesień chodzić do synka na spacery. Przynajmniej w niedzielę. Bo w tygodniu zawsze jest tam moja mama z tatusiem. Więc znicze u Krzysia nigdy nie gasną.

24.04.

Dokładnie rok temu z taką radością jechałam do Warszawy. Nie byłam w stolicy  ponad 30 lat. Krzysiu czekał na Dworcu Centralnym. Przeszliśmy przez Złote Tarasy. Niedaleko - pod Pałacem Kultury miał zaparkowany samochód. Wiózł mnie do swojego mieszkanka przez całą Warszawę - aż na Mokotów. Byłam z niego tak dumna. Taka szczęśliwa wtedy. Spędziliśmy tylko we dwoje cały tydzień. Pokazywał mi te miejsca w Warszawie które lubi. Odkrywaliśmy razem inne. Chodziliśmy sobie na fajne obiadki , kiedy Krzysiu miał wolny dzień - a w te dni gdy był w pracy , ja mu gotowałam i czekałam na niego z obiadem. Wieczorem chodziliśmy na spacery po Mokotowie, albo robiliśmy zakupy "mieszkaniowe" w Ikei. Krzysiu domeblowywał sobie swoje mieszkanko. To był najcudowniejszy tydzień w moim życiu. Potem jechaliśmy razem do domu - Krzysiu prowadził tak pewnie, spokojnie. Często stawaliśmy - bo Koma się domagała. Przejechałam z nim tą całą trasę. Zawiózł mnie do domu - pobył dwa dni i wracał. Po drodze dzwonił, meldował się po przyjeździe na miejsce.
Jak to się mogło stać! Dlaczego!!!!

27.05.

Wczorajszy dzień – Dzień Matki - przeżyłam z trudem, w końcu poddałam się i wzięłam tabletkę. Poszłam szybko spać i dzisiaj jestem taka trochę " w zwolnionym tempie". Praktycznie popłakiwałam cały dzień. To było takie typowe rozczulanie się nad sobą. Tak bardzo wczoraj brakowało mi Krzysia.

23.06. 2008 r.

Śnił mi się Krzysiu!
Obudziłam się taka spokojna i radosna. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to był tylko sen. A najgorsze , że kiedy próbuję ubrać w słowa co mi się właściwie śniło to wychodzi coś bez sensu. Ale spróbuję:
Krzysiu przybył ( przyjechał?) na jeden dzień do domu. I wszystkim wydało się to normalne i oczywiste. Był, krzątał się w ogrodzie . Przyszli z wizytą jedni i drudzy dziadkowie. Wszyscy weseli, ucieszeni z odwiedzin. A przecież wszyscy niby wiedzieli że to tylko na jeden dzień. A ja krzątałam się w kuchni. W pewnym momencie przypomniał mi się ( w tym śnie) taki zapis z Dlaczego, kiedy jedna z mam napisała, że gdyby wiedziała, że będzie miała swoją córcię tak krótko przy sobie to nie wypuszczała by jej z ramion przez te lata. Wtedy pomyślałam, że przecież ja też wreszcie chcę go przytulić ( dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej? nie wiem naprawdę).I kiedy szłam do niego, okazało się że Krzyś robi akurat taki wysoki płot z siatki. Bardzo wysoki i z podwójnej warstwy. Stał po drugiej stronie i nie mogłam się do niego dostać. Nawet go dotknąć. Śmiał się rozbawiony , jakby ze mnie, że taka ze mnie gapa, że chcę, próbuję się do niego dostać - a to przecież niemożliwe. Był taki radosny, uśmiechnięty, włosy trochę krótsze niż ostatnio - takie do ramion. Była piękna słoneczna pogoda, ten zielony sad... Nie wiem dlaczego ale obudziłam wesoła, mimo że go w końcu nie przytuliłam.
Jeszcze przez chwilę po przebudzeniu tak bardzo cieszyłam się, że go widziałam.

Dopiero później "popłynęłam". I popłakuję kiedy tylko sobie przypomnę.

PS.

8.04.2010 r.

Dzisiaj mija 31 miesięcy i 28 dni. Co się zmieniło?

Rzadko płaczę, ale nie wiem czy to dobrze. Bo w środku jestem stale smutna. Czuję się jakby uwięziona w skorupie, która trzyma mnie w kawałku.

Mało co mnie cieszy.

Nie potrafię nic planować – bo przeważa uczucie – że po co?

Ciągle „zapycham” wolny czas i umysł, jakąś gumą do żucia. Krzyżówki, seriale, gazety.

Codziennie czytam forum żałoba, odwiedzam stronę Dlaczego. Tylko tam potrafię popłakać, ale nad losami innych. Nad sobą już nie.

Znajomi zapraszają nas na spotkania – czasem, rzadko, chodzimy, ale jak pójdziemy to zawsze żałujemy. Oni oczekują że wszystko będzie jak dawniej…A przecież dawnych NAS już nie ma. Czy to tak trudno zrozumieć?

Stałam się egoistką. Teraz moje potrzeby nie są już na ostatnim miejscu. Zrozumiałam, że tak na zawsze mamy tylko siebie i to o siebie, swoje zdrowie, samopoczucie - powinniśmy dbać. Tylko że ta mądrość przyszła chyba za późno. Teraz nic już nie cieszy…

Krzysiu nie przyśnił mi się już więcej. Tylko na to czekam każdej nocy.

A cyprysik przy grobie rósł pięknie do czasu aż jakiś … nawet nie mam na to słów…wyrwał go z korzeniami.

 
Kalendarium
Dni skupienia
Wsparcie Po Stracie
Wspólny kącik
Szkolenia
© 2017