Strona głównaO mnieMoja historiaForumKontakt
Ogólne pojęcie straty
Czy czas leczy rany
Rola żałoby
Etapy żaloby
Co się dzieje z emocjami po stracie
Jak pomóc osobie osieroconej?
Lista życzeń osieroconcych rodziców
Przydatne linki
Wywiad w Radio Hobby 7.02.2010

Wizyty dzisiaj:13
Wizyty ogólnie:178235
Angieszka - Historia naszego Aniołka

sobota, 07 czerwca 2008 21:01

Zacznę moją historię od samego początku. Był maj byliśmy z mężem na zakupach weszłam do apteki i kupiłam test ciążowy bo gdzie tam mi po głowie chodziło że jestem w ciąży wieczorem zrobiłam test i okazał sie pozytywny. Jakaż była moja radość, ale potem dla pewności zrobiłam jeszcze drugi i też się pokazały dwie czerwone kreseczki. Na drugi dzień umówiłam się do lekarza na wizytę. Moja pani doktor potwierdziła ze będziemy mieć dzidziusia cieszyliśmy się z mężem bardzo – tak bardzo go pragnęliśmy. W tym czasie pracowałam, ale musiałam się zwolnić, bo moja praca była za ciężka dla kobiety w ciąży i bardzo szkodliwa. Nasz dzidziuś rósł jak na drożdżach, a każda wizyta u mojej pani ginekolog była dla mnie wielkim przeżyciem. Długo nie miałam widocznego brzuszka, a we wrześniu na kolejnej wizycie dowiedziałam się to będzie chłopczyk. Mąż się bardzo ucieszył z tego i od tego dnia zaczęliśmy wybierać imię dla naszego maluszka, ale nie bardzo umieliśmy się zdecydować. Nawet w szpitalu parę chwil przed porodem ustalaliśmy jak mu damy na imię. W końcu maluszek, który się urodził otrzymał imię Mateusz. Jego data urodzenia to istny zbieg okoliczności, ponieważ wypadła ona dokładnie w moje urodziny czyli 15 stycznia. Leciały dni, tygodnie i miesiące – obserwowałam mój coraz większy brzuszek. Mateuszek był wiercipiętą i bardzo mi dawał popalić, ale wytrzymałam to wszystko dzielnie i tak nastała kolejna wizyta u lekarza, którą miałam na początku styczna. Lekarz kazał mi się zgłosić 15 stycznia 2008 roku do szpitala. Zaczęłam odczuwam strach i niepokój jak to wszystko będzie dodam ze to był mój pierwszy  poród wiec nie dziwcie mi sie ze się trochę bałam. Rankiem 15 stycznia 2008 roku wstałam umyłam się, rodzinka złożyła mi urodzinowe życzenia i parę chwil później wraz z mężem wyruszyliśmy do szpitala. Całą drogę do szpitala nie odzywaliśmy się do siebie – każde z nas była zatopione w swoich myślach, bo wiedzieliśmy ze dziś urodzi się nasz synek, a nasze życie nabierze kolorów. Cieszyliśmy się, bo w końcu nasza dwuosobowa rodzinka powiększy się o nasze wspólne marzenie. W szpitalu, w miłej atmosferze zostałam zainstalowana w pokoju, pokazano mi łóżko, a koleżanka obok która urodziła dzień wcześniej chłopczyka okazała się bardzo sympatyczna. Po przyjęciu dostałam kroplówkę na przyspieszenie porodu i tak nasze życie zaczęło się zmieniać z minuty na minutę. W późnych godzinach popołudniowych dostawałam silne bóle ale wiedziałam, że za niedługo będę już mieć mojego syneczka na świecie. Byłam jednak coraz słabsza i pojawiły się komplikacje w końcu lekarze zadecydowali o cesarskim cięciu i tak o 18:45, 15 stycznia urodził się nasz ukochany maluszek. Mój mąż był z nim w pierwszych chwilach życia, a mnie go pokazali tylko na chwilkę – powiedzieli mi że ma 3,500g i 56 cm. Był taki kochany i słodki ten mój skarbek. Minęła noc, a rankiem przywieźli go do mnie, ale ja bałam się wykonać jakikolwiek ruch – byłam bardzo osłabiona po cesarce i wciąż musiałam leżeć pod kroplówką, więc Mateuszek leżał sobie w swoim łóżeczku i słodko spał, a ja leżałam obok. Po porannym obchodzie przyszedł lekarz, który badał dzieci, a mojego synusia badał wyjątkowo długo. Czułam, że coś nie gra. W końcu zadecydował że go zabierze go do innego pokoju na kolejne badanie, a ja w tym czasie zadzwoniłam po męża żeby się zjawił u mnie jak najszybciej bo z naszym syneczkiem coś jest nie w porządku...Po kilku minutach – najdłuższych minutach mojego życia zjawił się lekarz z bardzo smutną miną i oznajmił nam, że nasz synek ma bardzo poważną wadę serca, którą trzeba operować, bo jego życie jest zagrożone.Powiedział nam skrót tej wady- HLHS który nam nic nie mówił poprosiliśmy o wyjaśnienia okazało się że to jest jedna z najcięższych wad serca u dzieci   dziecko rodzi się tylko z połówka serca. Tak właśnie zaczął się nasz koszmar. Wieczorem przyjechała karetka z Krakowa Prokocimia i zabrała Mateuszka. Boże co ja wtedy czułam… siedziałam całą noc na łóżku płakałam i modliłam się do Boga o zdrówko dla mojego syneczka. Nie miałam pojęcia co nas czeka, co czeka naszego szkraba, chciałam się wypisać na własne żądanie ze szpitala, myślałam, że tam oszaleję, bo nie wiedziałam, co będą robić z moim synkiem. Wiedziałam tylko tyle, że jest w rękach lekarzy, którzy mu pomogą. Następnego ranka wstałam wcześnie rano, chodziłam od okna do okna czekając na męża i na jakiekolwiek wiadomości o moim synku, lecz nikt nic nie wiedział. Sama bez naszego syneczka wróciłam do domu, do pokoju, w którym czekało na niego łóżeczko, zabawki i cala rodzina. Gdy weszłam do naszej sypialni i zobaczyłam łóżeczko to miałam ochotę roztrzaskać go na strzępy. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Tysiące razy dziennie pytałam sama siebie dlaczego ja? dlaczego moje dziecko walczy o życie? dlaczego nie mogę cieszyć się dzieckiem, jak inne mamy? dlaczego nie mogę go przytulać nosić na rękach, ale nikt nie umiał mi odpowiedzieć. Mąż po odwiezieniu mnie do domu pojechał do Mateuszka do Krakowa, a ja zostałam w domu, choć myślałam, że oszaleję z tęsknoty za moim synkiem, którego nawet nie zdążyłam przytulić a dziś tego strasznie żałuję. Dzwoniłam co jakiś czas do męża pytając jak wygląda sytuacja, jak Mateuszek, co mówią lekarze. Dziś wiem że mąż zataił przede mną kilka informacji związanych ze zdrowiem Mateuszka - zrobił to jednak dla mojego dobra, bo wiedział, w jakim jestem stanie psychicznym i bał się o mnie. Stan zdrowa naszego synka był beznadziejny, nie kwalifikował się do operacji. Dzieci z tą wada serca czyli niedorozwojem lewej komory serca przechodzą trzy etapową operację. Lekarz odradził mi wyruszanie w tak daleką drogę – z naszego domu do Krakowa podroż trwa trzy godziny, a ja ledwo chodziłam, ale w niedzielę postanowiłam pojechać i żadne zakazy mnie już nie obchodziły - chciałam w końcu zobaczyć moje dziecko i pobyć przy nim – miałam dotychczas tylko kilka zdjęć, które mąż mu zrobił zaraz po porodzie i w szpitalu. Byłam słaba, ale wytrzymałam podroż do Krakowa - już nie mogłam wytrzymać żeby zobaczyć mojego szkraba, mojego kochanego misia. Weszliśmy z mężem do szpitala, wsiedliśmy do widny, wyjechaliśmy na 3 piętro na oddział kardiologii dziecięcej, weszliśmy na sale i w końcu zobaczyłam mojego kochanego misiaczka który był przypięty do różnych aparatów i kroplówek. Mogłam go tylko pogłaskać po buzi, szepnąć mu do uszka jak bardzo go kocham i strasznie za nim tęsknie, jak bardzo bym go chciała wziąć na ręce i uciec z tego szpitala, ale zdawałam sobie sprawę że mu tu pomogą i że to dla niego jedyna szansa…. Na oddziale nie pozwalali nam być za długo – tylko na chwilę, bo to nie jest dobre dla dzieci - przynosi się różne zarazki, a dla tych maluchów to jest zabójcze. Zdawałam sobie sprawę, że za parę minut będę musiała się z nim rozstać i zostawić go tu samego beze mnie, wśród tych obcych ludzi, w tym niewygodnym łóżeczku, a w domku wszystko na niego czeka – cudowne łóżeczko, misie, mamusia i tatuś. Próbowałam to sobie wszystko jakoś tłumaczyć, że to dla jego dobra, że go wyleczą, że wróci do nas do domku, ale tak się nie stało. Za każdym razem, kiedy odchodziłam i wracałam do domu, to mi serce pękało. Wracałam do domu bez chęci do życia, bo moje ukochane dziecko było tak strasznie daleko ode mnie same i bezradne. I tak minęły trzy tygodnie krótkich odwiedzin możliwości pogłaskania mojego misia po buzi, bo nic więcej mi nie było wolno zrobić, nie pozwolono mi go wziąć na ręce bo kroplówki na to nie pozwalały. Dla nas to były trzy tygodnie niepewności. Staliśmy na niepewnym gruncie – lekarze na nasze pytania odpowiadali „że czekają na poprawę stanu zdrowia Mateuszka, bo na dzień dzisiejszy nie mogą go operować”. 2 lutego byliśmy u naszego misiaczka i w tym dniu dowiedzieliśmy się ze 4 lutego 2008 roku odbędzie się operacja naszego Mateuszka. Cieszyliśmy się, że w końcu coś zaczęło się dziać, a z drugiej strony byliśmy pełni obaw i strachu czy uda się operacja. Cieszyliśmy się, że jest szansa, że Mateuszek już niedługo będzie z nami, a z drugiej strony nie wiedzieliśmy czy nie kończy się jego czas na tej ziemi miedzy nami. Dzień przed operacją Mateuszek był taki ożywiony, wodził za mną oczkami i strasznie chciał żebym go głaskała po buzi, pragnął mojej czułości tak go zresztą nauczyłam – za każdym razem kiedy przychodziłam do niego to głaskałam go po buźce, bo tylko tam się pozwalał dotykać – odruchowo chował rączki, bo bał się, że znów będzie kłuty przez igły i kroplówki. Wtedy też chyba po raz pierwszy od trzech tygodni widziałam jego śliczne oczka - byłam wtedy bardzo szczęśliwa, lecz tam gdzieś w moim sercu zaświtała obawa, że mój syneczek się ze mną żegna. Nic nie mówiłam nikomu, ale matka takie rzeczy wie, a dziś wiem że miałam rację. Poprosiłam męża żeby mu zrobił parę zdjęć i dziś mam przynajmniej pamiątkę, inaczej nic bym nie miała… Nastał 4 luty 2008 – dzień operacji a jednocześnie dzień urodzin mojego męża – zbieg okoliczności? Nie wiadomo. Rano o godzinie 4 wyjechaliśmy z domu do Krakowa, tam zostaliśmy poproszeni do gabinety profesora Skalskiego na rozmowę i na podpisanie zgodny na operację. W ten właśnie sposób wydałam wyrok na mojego syneczka. Mam do siebie za to żal. Nie jedna osoba powie ze to głupie, ale ja tak właśnie się czuje. Profesor obiecał, że zrobi co w jego mocy, ale rzecz jasna nie dawał nam gwarancji, że Mateuszek będzie żył. Jakie to trudne i strasznie słyszeć słowa ze za parę chwil nasz synek może nie żyć, ale my nie mogliśmy nic zrobić, bo jego życie było w rękach profesora. Mateuszek został zabrany na salę operacyjną, a my z mężem poszliśmy do kaplicy modlić się o szczęśliwą operację. I tak zaczęły się najgorsze godziny w naszym życiu - ważyły się losy naszego synka, a my byliśmy tacy bezradni. Czuliśmy się jak dwoje bezradnych, samotnych dzieci i nie mogliśmy mu w żaden sposób pomóc. Życie naszego misia było w rękach lekarzy. Pozostały nam zapewnienia, że jest w rękach dobrych specjalistów. Z kimkolwiek rozmawiałam chwalili szpital lekarzy zaufałam im. Około godziny 12 z sali operacyjnej wyszedł profesor z poważna miną – nie potrafiliśmy z mężem wyczytać nic z jego twarzy. Zaprosił nas do gabinetu i powiedział nam że operacja się udała. Boże jaka ja by wtedy byłam szczęśliwa płakałam na ramieniu męża, jak małe dziecko. Ściskaliśmy się całowaliśmy się i cieszyliśmy że już niedługo nasz szkrabek będzie z nami w domu – nie zdawaliśmy sobie sprawy ze życie ma wobec nas i naszego synka inne plany. Zostaliśmy zapytani, czy chcemy go zobaczy po operacji oboje z mężem pragnęliśmy tego bardzo chciałam go pogłaskać po buźce i szepnąć mu że go kochamy, żeby walczył, żeby wracał do sił i jak najszybciej do domu, w którym wszystko i wszyscy na niego czekają. Weszliśmy na sale na OIOM i zobaczyłam mojego synka – leżał sobie i tak słodko spał tak jakby nigdy nic – przeszedł tak wiele cierpień. Na OIOM-ie nie wolno przebywać za długo, więc zostaliśmy poproszeni o wyjście, ale widziałam na własne oczy, że Mateuszek żyje, dotknęłam go, pogłaskałam i powiedziałam mu, że go kocham i że czekamy na niego. Myśleliśmy że najgorsze za nami, ale dopiero teraz zaczął się prawdziwy koszmar. Na drugi dzień po operacji stan Mateuszka się pogorszył – serce samo przestało pracować. Pomagała mu w tym pompa, która podtrzymywała jego pracę. Podtrzymywała naszego synka przy życiu 11 dni. To był nasz koszmar. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, a lekarze nie dawali nam nadziei. Co dwa dni jeździliśmy do naszego aniołka, bo bardzo chciałam go zobaczyć, pogłaskać i pocałować - powiedzieć mu, że go kochamy i że czekamy na niego w domu. Był czwartek, byliśmy z mężem u niego. Weszłam tylko ja na OIOM, bo mąż nie czuł się za dobrze. Gdy zobaczyłam mojego syneczka, moje serce o mało nie pękło – był tak bardzo spuchnięty i siny to był koniec….Stałam nad jego łóżeczkiem głaskałam go po buźce – próbowałam nie płakać, ale po mojej twarzy ciurkiem leciały zły rozpaczy. Gdzieś w głębi mojego serca czułam ze moje ukochane dziecko odchodzi do aniołków. Pożegnałam się z nim na tyle, na ile to było możliwe. Boże jak ja pragnęłam wziąć go na ręce ten ostatni raz… przytulić go, ale nie wolno mi to było tego zrobić. Całe dnie w domu modliłam się o jego zdrowie i powrót do domu do nas. Minął kolejny dzień nastał 14 luty – Walentynki. Mój kochany mąż pamiętał o tym święcie i kupił mi kwiaty. Ja nawet nie pamiętałam że są Walentynki. Kiedy Tomek wrócił z pracy to pierwsze jego słowa jak wszedł do domu: „dzwoniłem do Krakowa gadałem z lekarzami i jest poprawa…” Jak ja się wtedy ucieszyłam jak małe dziecko. Płakałam ze szczęścia że jest nadzieja i że niedługo mój aniołek będzie z nami lecz to było krótkotrwale szczęście. Jest piątek 15 luty godzina 9.30. Zdziwiłam się że mój mąż tak szybko wrócił z pracy. Wyszłam do niego na dwór i jak zobaczyłam jego twarz wiedziałam już wszystko – nasz ukochany synek odszedł do Aniołków. Nie umiem opisać, co wtedy czułam – żal rozpacz i nienawiść do ludzi, do Boga. Zadawałam sobie pytanie dlaczego on? dlaczego my? lecz nikt mi nie umiał odpowiedzieć. Nie wiem jak przeżyłam nasze ostanie pożegnanie i pogrzeb. Mąż wziął na siebie wszystkie sprawy związane z pogrzebem. W Poniedziałek rano w najtrudniejsza i najsmutniejsza podroż naszego życia. Mateuszek czekał tam na nas, ale już wiedziałam, że nie zobaczę jego ślicznych oczek i ciepłego kochanego ciałka. Dziś nie pamiętam jak weszłam do prosektorium, jak zobaczyłam jego malutkie ukochane ciałko w tym ślicznym niebieskim kostiumiku, które mu kupiłam. Miał go założyć na chrzest. Chciałam porwać go stamtąd i uciec gdzieś, gdzie będziemy tylko my, gdzie będę go mogła tulić, całować nosić przez cały czas .WRAZ Z MOIM SYNKIEM UMARŁA CZĄSTKA MNIE, DZIŚ ŻYJE TYLKO DLA MĘŻA . Rozpisałam się, ale nie umiałam tego bardziej skrócić. To są moje myśli i moje uczucia. Dziś minęły już 2 lata i 3 miesiące jak Mateuszka nie ma z nami. Tak bardzo, bardzo za nim tęsknię i tak strasznie mocno go kocham. Ludzie się mnie pytają jak ty dajesz rade żyć? Nie wiem jak, jakość żyje dalej bez mojego chłopczyka. Wszyscy mi mówią: jesteś silna – muszę być silna. Bo dziś wiem, że mam mojego aniołka tam w niebie, który czuwa nade mną i który mi daje siłę by dalej żyć i który mnie tak samo mocno kocha jak ja jego. Ludzie mówią mi, że mnie rozumieją co przeżywam, a ja w głębi serca pytam się skąd ty czy ty to rozumiesz jak tego nie przeżyłeś? Kiedyś dawno temu zawsze, kiedy widziałam kobietę z dzieckiem to oglądałam się za nią, dziś unikam kobiet z małymi dziećmi, bo kiedy je widzę to chcę krzyczeć. Dlaczego mój synek nie żyje? Dlaczego nigdy go już nie zobaczę? Dlaczego nie zobaczę jego uśmiechu, jego pierwszych kroczków, jego pierwszych słów: mama…. Mateuszek nigdy nie powie do mnie mamo, ale mam nadzieje że szepnie tam temu na górze, żebym mogła cieszyć się tym wszystkim, co cieszy inne mamy . Mam nadzieje ze już niedługo mój synek będzie miał rodzeństwo, bo wiem ze on nade mną czuwa. Zawsze ktoś ktokolwiek się mnie zapyta ile masz dzieci, to odpowiem. Powiem też, że jedno z nich jest aniołkiem...

Dziś Mateuszek ma braciszka 14 miesięcznego Bartusia który jest moim największym skarbem ale w moich myślach i sercu szczególne miejsce zajmuje Mateuszek mój pierwsze wyczekiwane i ukochane dziecko. Mój aniołek i zawsze mowie ludziom mam dwójkę dzieci lecz jedno z nich jest aniołkiem....

 
Kalendarium
Dni skupienia
Wsparcie Po Stracie
Wspólny kącik
Szkolenia
© 2017